Ishwari Deva

Ishwari

Ishwari Deva

Zapraszam Was do przeczytania fragmentu wywiadu z Ishwari Devą, w której domu w Gajówce gościnne progi zawitałam w 2012 roku. Ishwari mieszka w Górach Izerskich i tam prowadzi indywidualne sesje – Ponowne narodziny Serca i  zajęcia jogi, a także oferuje masaże i porady ajurwedyjskie. Swój dom otworzyła dla ludzi, którzy chcą się wyciszyć, zregenerwać czy uzdrowić różne obszary swojego życia.

Na swojej stronie Spa dla duszy  Ishwari pisze o sobie tak:
“Od urodzenia mieszkałam w Warszawie. W wieku 30 lat poczułam, że choć mam rodzinę, firmę, super auto i wakacje spędzam za granicą, to doświadczam pustki i bezsensu życia. Wtedy moja dusza zaprowadziła mnie pod Jelenią Górę do Gajówki, i zamieszkałam na wsi. Tutaj krok po kroku zaczęłam odkrywać siebie, swoje prawdziwe ja. Oczyszczałam swoją przeszłość podczas indywidualnych sesji uzdrawiania, ćwiczyłam jogę, śpiewałam mantry i coraz więcej czasu spędzałam w naturze, medytując w lesie. I powoli zaczęłam na nowo odbudowywać w sobie poczucie jedności z całym Wszechświatem oraz to, że jesteśmy duszami na Ziemi i wszystko co wydarza się w naszym życiu ma duchowy cel. Teraz czuję się gotowa, aby swoimi doświadczeniami podzielić się z Tobą, oraz zainspirować Cię do życia w miłości i harmonii.”

Ishwari ujęła mnie swoją bezpośredniością, otwartością i spontanicznością. Emanuje od niej atmosfera akceptacji, która zachęca do bycia sobą tu i teraz bez osądzania. Od przeprowadzenia wywiadu mijają trzy lata i Ishwari nie jest już w tym samym miejscu, co wtedy. Dlatego tym bardziej dziękuję jej za podzielenie się z wami kawałkiem jej drogi, który już dawno za nią.

Oto jej opowieść.


Etapy na drodze mojego życia

Pierwsza rzecz, która na mnie bardzo wpłynęła, wydarzyła się, jak miałam lat trzydzieści. Mieszkałam wtedy pod Warszawą i się rozwodziłam. Musiałam poukładać sobie wszystko od nowa. Rozstanie, sprzedaż domu, zarobkowanie, bo do tej pory mieliśmy razem firmę. Miałam wybór, czy kontynuuję takie życie, jak dotychczas czy dokonuję zmiany.

Od jakiegoś czasu marzyłam o mieszkaniu na wsi. Przyjeżdżałam od kilku lat na Dolny Śląsk do koleżanki, znałam tutejsze widoki i naturę, dużo fajnej przestrzeni i przyrody.  Podjęłam decyzję, że się przeprowadzam na wieś, właśnie tutaj. No i to był skok na bungee. Sama z dwójką czteroletnich córek. Pomysłu na życie nie miałam żadnego. (…)

Przyszła jesień, zima. Okazało się, że nie jest tak, jak wcześniej, gdy tu przyjeżdżałam latem, a codzienna rzeczywistość mocno odbiega od tej wakacyjnej. Zaczęło się mierzenie ze sobą, z wielką zmianą. W Warszawie był ogromny pęd, który wydawał się częścią mnie, ja nawet nie wiedziałam, że tak pędzę. A jak tu wylądowałam, to przyszła potworna nuda. W Warszawie tęskniłam, że bym chciała naturę, własny ogród, swoje warzywa. Kupowałam książki o ogrodach. Ale jak już to miałam, to mi się wydawało, że sadzenie marchewki jest bardzo nudne, w końcu ileż można w tej ziemi grzebać. Ja chciałam dalej pędzić. Byłam w takim rozbiegu pędzenia, to się wcale nie zatrzymało w mojej głowie, ten pęd we mnie był dalej. To była konfrontacja z pędu w głowie ze spokojem i ciszą na zewnątrz.

Zastanawiałam się, czy dobrą decyzję podjęłam, czy to jest rzeczywiście to, co ja chcę. Brakowało mi Warszawy. Tam chodziłam na bankiety, koncerty różnych kapel, miałam bujne życie towarzyskie, biznes i bardzo dużo się działo. A tu właśnie taka cisza. Mieszkałam prawie w lesie, dom był pod lasem na samym końcu wsi, ale gdy wychodziłam na spacer, nie widziałam przyrody. Kołowrotek w głowie miałam tak wielki, że niczego wokół nie dostrzegałam.

Z perspektywy czternastu lat wydaje mi się, jakby moja Dusza mnie tu przywiodła. Ten dom był darem. To wcale nie ta część przyprowadziła mnie tutaj, która chciała mieszkać na wsi, bo ja jednak byłam miastowa. Czyli taka pędząca, taka, która lubi dobre ubrania, taka, dla której materia też jest ważna, żeby mieć pieniądze, dobre auto i takdalej. Taka wtedy byłam. Inna siła mnie tu przyprowadziła. To miejsce stało się dla mnie miejscem uzdrowienia w naturze. Był to proces paroletni.

(…) Pojechałam na spotkanie z terapeutą do prestiżowego instytutu we Wrocławiu. Zapamiętałam to naprawdę niefajnie. Wyszłam stamtąd praktycznie na czworakach. Zaczęłam opowiadać, terapeuta na to: „Boże,jakietragedie”. (…) Powiedział mi, że miałam tak hardcorowe przejścia w dzieciństwie, że żeby to przepracować, mam przychodzić przynajmniej przez pięć lat raz w tygodniu na spotkanie. Teraz już wiem, że dawanie takiej etykietki jednemu, że to rok, drugiemu pięćlat, nie jest właściwe, no bo skąd ten człowiek wie, jak szybko dana osoba jest w stanie coś przepracować. Uważam, że takich etykietek nie powinno się dawać. (…) W tym samym czasie trafiłam na ogłoszenie o tygodniowych wyjazdach rozwojowych prowadzonych przez Ewę Foley. Opis mnie bardzo zaciekawił i zdecydowałam się pojechać. I to był kolejny skok na bungee. Nie tyle mniejszy, inny. Tam się zapoznałam z różnymi technikami. (…) Wtedy zobaczyłam, że można inaczej. Że nie trzeba iść na klasyczną terapię, bo jest wiele różnych metod. Można pracować chociażby poprzez oddech. Można coś przepracować w krótszym czasie, terapia nie jest jedyną ścieżką. Chociaż to też są nieraz procesy bolesne. Jak miałam sesje rebirthingu, też płakałam, też bolało. Ale w konsekwencji czułam ulgę, czułam, że coś odeszło. Ostatecznie podjęłam decyzję, że zamiast terapii będę uczęszczała do szkoły Ewy Foley. Taka we mnie była determinacja, że 500 km jazdy do Warszawy co miesiąc nie stanowiło jakiegoś problemu.

Czułam, że wracam z tych szkoleń zupełnie inna, że zaczynają mi się porządkować pewne rzeczy. Moje otoczenie też zauważało zmiany. Mąż nawet się cieszył, że jadę, bo widział, że wracam zupełnie odmieniona. To była fajna praca nad sobą, a także przełom,bo otworzyłam się na duchowość i ruszyłam w stronę uzdrawiania siebie. Różne rzeczy podotykałam, zobaczyłam, co mam do zrobienia, takie otwarte karty mi się pojawiły. Dotknęłam, troszeczkę zrobiłam i było już lżej. Zobaczyłam, że jest wiele różnych technik, jest duchowe podejście, medytacja, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było to doświadczenie „z głowy”. Nie było to jeszcze doświadczenie energii, wchodzenia głębokiego w siebie.

Następnym przystankiem był udział w warsztatach radykalnego wybaczania Tippinga. Coś mnie przyciągnęło, jak zobaczyłam plakat. Przeczytałam książkę. Ta książka mnie powaliła na kolana. Zaczęło mi się wszystko układać w całość, moje dzieciństwo i późniejsze doświadczenia. Dowiedziałam się, że to wszystko wybory duszy, że mają głęboki sens. Poszłam na zajęcia, a tam wspomniano, że ruszają pierwsze w Polsce szkolenia dla trenerów tej metody i od razu podjęłam decyzję, że jadę. (…) Również dużym krokiem ku uzdrowieniu była decyzja o wzięciu udziału w kursie nauczycielskim jogi. Był to miesiąc głębokich praktyk. Program od 5.30 rano do 23.00 wieczorem, joga dwa razy dziennie po półtorej godziny, medytacje, mantry, wykłady filozofii jogicznej. Bardzo intensywne oczyszczanie w ashramie na ten czas stworzonym nad morzem. Kontakt z naturą w lesie i z morzem. Nie było zupełnie wyjść do świata zewnętrznego, nawet do ludzi czy do sklepu, to było poza nami. Bycie w tej energii. Naprawdę czułam, że mi się podnoszą wibracje. Chodziłam na spacer, śpiewając mantry przez godzinę czy półtora, doznawałam błogostanu, takiego czegoś, że nic więcej nie istnieje, jestem tylko ja z tym śpiewaniem. To był duży przełom. (…) Nie twierdzę, że jestem już całkowicie uzdrowiona. Myślę, że to jest proces do końca życia. Tylko później już są mniejsze rzeczy, jest lżej, łatwiej, to już nie jest taki wielki, ciężki bagaż.

Przełom lęku przed śmiercią

Największym lękiem, przez który przechodziłam, to był lęk przed śmiercią. Dwa lata temu miałam zupełnie niespodziewanie dwa ataki padaczki w nocy z utratą świadomości na kilka godzin. (…)  Zdiagnozowano, że mam naczyniaka w mózgu. Powiedziano mi, że w każdej chwili naczyniak może pęknąć, a to spowoduje natychmiastową śmierć. Podjęłam decyzję, że nie poddaję się operacji. Wypisałam się ze szpitala. Pamiętam, że dano mi do podpisu papier, że jestemświadoma, że mogę w każdej chwili umrzeć, a pomimo tego decyduję się wyjść ze szpitala. No i jak dostałam taki wyrok lekarski, to wróciłam do domu w stanie ogromnego lęku.

Dzwonili znajomi, rodzina, wszyscy dzwonili. Dostawałam zupełnie różne komunikaty, jedni mówili: idź koniecznie na operację, a drudzy,że na tą operację nie, bo mogę zostać rośliną, bo to różnie bywa, możesz być sparaliżowana, zostać rośliną, być na wózku, cokolwiek. Ta wizja siebie jako rośliny całkiem mnie przerażała. Nie wiedziałam, co zrobić. Stwierdziłam, że zadzwonię do mojej dawnej nauczycielki duchowej jako do mojego autorytetu, ponieważ ona jest z Warszawy i od wielu lat zna mnóstwo uzdrowicieli. Zadzwoniłam do niej z pytaniem, czy ma jakiś pomysł, kto by mógł mi pomóc wydostać się z tego w jakiś alternatywny sposób. I wtedy ona mi powiedziała, że gdybym ja była jej córką, to by mnie natychmiast wpakowała do samochodu i zawiozła do najlepszego chirurga w Polsce. Mi się już wtedy całkiem świat zawalił. Liczyłam, że ona mi coś fajnego powie, że mnie podtrzyma na duchu jakimś pomysłem, kto mi może pomóc, bo nie chciałam operacji. Jeszcze mi koleżanka podsunęła stronę internetową na temat naczyniaków i jak zaczęłam to czytać, to wpadłam w jeszcze gorsze lęki, bo ludzie tam co chwilę jakieś masakry opisywali. To była jazda bez trzymanki totalnie.

Żadnych praktyk uzdrawiających w tym czasie nie robiłam. Po prostu nie byłam w stanie niczego takiego zrobić. Pamiętam, że miałam taką ogromną niezgodę, taki bunt w sobie. No przecież ja tu czuję, że umieram, nie będę siedzieć i coś tam praktykować. Dlaczego ja mam odchodzić, dlaczego właściwie mnie to spotkało, dlaczego ja mam umierać teraz, jak mi się właśnie fajnie zaczęło układać życie. Przecież mam córki i jeszcze jestem im potrzebna, mam projekt stworzenia eko wioski, wszystko się coraz fajniej dzieje i materializuje, takich fajnych ludzi spotkałam w życiu, znalazłam swoją ścieżkę, jogę i różne warsztaty, które prowadzę, mam coś do zaoferowania innym i chcę dalej w tą stronę iść. A ja mam tu nagle umierać.

A później coś takiego się zadziało, że przyszła akceptacja tej sytuacji. J tak bardzo się bałam, ta sytuacja mnie tak zamęczyła, że doszłam do ściany. To już po prostu był szczyt strachu, tak silny lęk, że w pewnym momencie jakbym po prostu odpuściła. To nie było na takiej zasadzie: „ok, dobra, umieram, jak tak ma być, niech będzie”. Nie, kompletnie nie. To było tak, jakby mnie coś do góry podniosło. Moja dusza pomogła mi podskoczyć do góry i zobaczyć to z szerszej perspektywy. Ale to nie było pogodzenie się ze śmiercią, że no dobrze, jak mam umrzeć, to do widzenia, no to umieram, kładę się i umieram. To było coś takiego, jakbym naprawdę zobaczyła z szerszej perspektywy siebie. Poczułam wyraźnie, że jest jakiś szerszy plan, że jest duchowość, że ja jestem duszą, i że jeśli moja dusza ma w tej chwili odejść z ziemi, to ja jestem na to gotowa. Poczułam, że istnieje świat duchowy i ja niczego nie stracę, że będą dalej dzieci, że to może w innych wymiarach, ale że tak. To był przełom lęku przed śmiercią.

Było to wspaniałe spotkanie z samą sobą. Mogłam podjąć decyzję, czy idę jednak na tę operację, czy ufam, że mogę wyzdrowieć inaczej. Zaczęłam chodzić na sesje z totalnej biologii, robić sobie sama na nowo radykalne wybaczanie, bo pomyślałam sobie, że jeszcze w tym obszarze coś mogę dokończyć. Zaczęłam powolutku ćwiczyć jogę i różne inne rzeczy, które mogłam robić. No i stopniowo zaczęłam się coraz lepiej czuć. Teraz już myślę, że jestem zdrowa. To taka historia przełomowa. Przeszłam przez lęk. Najpierw weszłam w niego bardzo głęboko, bardzo się bałam, potem się buntowałam, a potem przyszło coś takiego cudownego, czego się słowami nie da opisać.

Życie codzienne z perspektywy duszy

Duchowość dla mnie to głębia istnienia. Duchowość jest szerszym postrzeganiem. Istnieje dużo więcej niż widzimy, więcej niż ta nasza materia wokoło. Całą sobą wiem, że to, co widzę, jest tylko zawężonym obrazem rzeczywistości. Duchowość dla mnie to jest to, czego nie widzę, ale wiem, że jest i ufam. Nie widzę pełnego obrazu, ale całą sobą wiem, że on istnieje. Czyli że nie ma przypadków. To co mi się przydarza ma głęboki sens. Wszystkie wydarzenia w moim życiu darem dla mnie. Nawet te negatywne.

Do momentu kiedy powiedzmy byłam w uśpieniu, żyłam w nieświadomości, że jest coś więcej, żyłam tylko i wyłącznie w sferze materialnej, mocno analitycznie. (…) Teraz na przykład kiedy zadaję sobie jakieś pytanie, mam podjąć jakąś decyzję i nie wiem, jaka jest dobra dla mnie, wtedy idę do lasu i bardzo czuję wsparcie przyrody. Czuję taki spokój, ukojenie w tym lesie. Zadaję sobie to pytanie, idę, idę i w końcu przestaję myśleć. Czyli nie zaczynam analizować tej sytuacji, w ogóle ją zostawiam, ona sobie odpływa, nie napieram, że mam dostać jakąś odpowiedź. Zauważyłam, że jak zaczynam naciskać, że chcę odpowiedź, to w ogóle żadnej nie ma. A jak mam taką otwartość, że czekam na tę odpowiedź, ale jak nie przyjdzie, to nie szkodzi, to nic się nie stanie, to ona nagle przypływa. I to jest mój kontakt z duszą. Bo czuję, że tego nie wymyśliła moja głowa. Umiem to odróżnić, kiedy ja sama wymyślam jakąś odpowiedź, a kiedy czuję, że to tak „frrruuu” przychodzi samo do mnie.

Radzę sobie z trudnymi emocjami

Jak coś mnie boli, to to przeżywam i nie wchodzę od razu w takie patrzenie głębsze. Po prostu jestem w emocji, którą czuję. Ale jak ona już przepłynie przeze mnie – czasami to jest następnego dnia, a najczęściej wdech – wydech i za pięć minut już wiem, że to zdarzenie miało głębszy sens. Wtedy przychodzi mi najczęściej wewnętrzna odpowiedź, po co to było i czego ja się miałam z tego nauczyć. Kiedyś drążyłam: a co to pokazuje, teraz wiem, że to była taka analiza, próba na siłę zinterpretowania każdego znaczącego wydarzenia w życiu. Teraz najczęściej odpowiedzi same przychodzą, taki pstryk i mam wgląd, że to po to i po to się zdarzyło. A jeśli ta wiedza nie przychodzi, to ja nie zaczynam się nad tym jakoś głęboko zastanawiać.

Jak radzę sobie z trudnymi emocjami… Jak jestem na przykład zła, to wchodzę w tę złość. Nie tłumię jej. Zaczynam na przykład krzyczeć.  Ale też nie do końca lubię, kiedy jestem zła.  Praktyka wchodzenia w stan światła pomaga mi poczuć się spokojniejszą. Te rzeczy, które mnie kiedyś denerwowały, już mnie nie denerwują, albo już nie wywołują aż takich emocji. Mogę na nie popatrzeć trochę jak obserwator. Wciąż się uczę, ale widzę poprawę w sobie. Na przykład wspaniałym darem jest to, że w momencie gdy coś mnie zaczyna denerwować i mogłabym zaraz zrobić awanturę, to wycofuję się z tej sytuacji, odchodzę parę kroków, na przykład mówię, że na chwilę muszę wyjść. Idę sobie wtedy przed dom i zaczynam głęboko i długo oddychać. Długi wdech i długi wydech z taką koncentracją na wydychaniu powietrza. Wchodzę też sobie wtedy w stan światła na tyle, ile umiem. To mnie uspokaja. A jak mnie uspokaja, to wiadomo, na drugą osobę też ma to pozytywny wpływ. (…)

Jestem w procesie nauki akceptacji

Nie mogę powiedzieć, że akceptuję wszystkich i każdą sytuację. Ale jest już ze mną dużo lepiej, niż było ileś lat temu. Kiedyś się bardzo mocno trzymałam swoich racji. Teraz też się ich trzymam, ale już poluzowuję mocno. Wielki postęp zrobiłam w akceptacji tego, co mnie spotyka. Coś się pojawia w moim życiu i czy to jest super, czy to nie jest super, ja to przyjmuję. Nawet jak boli, ja za chwilę umiem wskoczyć w poczucie takiego zrozumienia, że istnieje szerszy plan. Przyjmuję to pomimo że niewygodne i niefajne, czyli akceptuję. Najtrudniejsza jest dla mnie akceptacja w bliskiej relacji z moim partnerem. Myślę, że to będzie bardzo uwalniające, jeśli przejdę proces akceptacji wszystkiego. Czyli będę mieć szersze rozumienie każdej sytuacji, każdego, kto inaczej myśli. Wszystko jedno czy to partner czy obca osoba, umieć dać jej przestrzeń na to, że ona może kompletnie inaczej myśleć niż ja. I że to wcale nie oznacza, że jest coś z nią nie tak. Myślę, że to jest moja lekcja duchowa.

Wyrosłam z zabiegania i prób przyspieszenia

Mam poczucie upływu czasu. Mam odczucie, że bardzo wszystko przyspiesza. Czasami mam wrażenie, że mija dzień i nie zdążyłam zrobić niczego, co chciałam. (…) Staram się nie wkręcać już w takiekorby, jak kiedyś: „nie zdążę, nie zdążę”. Kiedyś tak miałam: muszę i tu zdążyć, i tu, i tu, i jeszcze to, i to… Wtedy myślałam, że jeśli będę szybsza, to więcej rzeczy uda mi się zrobić. Teraz widzę, że taki stan mnie tylko rozwala. On jakby powoduje paraliż. Ja pędzę fizycznie, ale realizacji nie ma, bo jestem w jakimś zagmatwaniu wewnętrznym. Mam teraz już taki dystans, że jeśli nie zdążę, to nie zdążę. Robię to, co daję radę zrobić. Zauważam, że nie zrobiłam pięciu rzeczy, które myślałam, że zrobię. No to zrobię jutro. Bez nakrętów. Wiem, że im bardziej pędzę, tym tylko gorzej. Mogę powiedzieć, że z tego wyrosłam. Ja sobie robię wszystko po prostu w swoim tempie z taką akceptacją, co zdążę, to będzie.

Powyższy tekst stanowi stanowi fragment wywiadu przeprowadzonego w sierpniu 2012 roku.



Wywiad poprowadzony i opracowany przez Agnieszkę Narloch.  Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana ani powielana bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właścicielkę praw.
Copyright by Agnieszka Narloch 2016

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s