Hanna Węgrzynowicz

Hanna_WegrzynowiczHanna Węgrzynowicz – terapeutka uzależnień z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem zawodowym, certyfikowana specjalistka i superwizorka w zakresie przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Prowadziła  warsztaty rozwojowe przy Dominikańskim Duszpasterstwie Akademickim “Górka”. Pracowała również dla Wojewódzkiego Ośrodku Terapii Uzależnień w Gdańsku, gdzie stworzyła i wdrożyła autorski program przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Uczyła problematyki związanej z dysfunkcją rodzin na gdańskiej Akademii Medycznej.  Ma dwie dorosłe córki. 

O Hani powiem krótko: pomogła mi. W 2010 roku chodziłam do niej na warsztaty z komunikacji bez przemocy i analizy transakcyjnej. Stawiałam tam pierwsze kroki w rozwijaniu świadomości siebie, swoich potrzeb i zachowań. Wiedza, którą przekazywała nam Hania na warsztatach oczywiście miała nieodzowne znaczenie, ale nie mniejszy wpływ wywarła na mnie charyzma prowadzącej. Hania ma bardzo ciepły, a przy tym stanowczy głos. Najlepsza nauczycielka granic osobistych, jaką kiedykolwiek spotkałam. Zapraszam do fragmentu wywiadu, który przeprowadziłam z nią w październiku 2012 roku.

Ta książka jest wynikiem procesu zmian, jaki dzieje się we mnie. Jesteś jedną z osób, które dużo wniosły do mojego życia. To, czego się uczyłam w kontakcie z Tobą, zaczęło we mnie pracować dopiero po roku, po dwóch. Nawet słyszałam Twój głos w pewnych momentach. Bardzo dużo wniosłaś do mojego życia, do mojego procesu i stąd też poczułam, że chcę spotkać się z Tobą.

Dzięki. Jesteś drugą osobą, która w niewielkim odstępie czasu mówi mi, że w różnych sytuacjach przywołuje i jakby słyszy to, co ja mówiłam. To jest dla mnie, wiesz, nobilitujące.

Pamiętam, że zawsze mówiłaś, że musimy przeczytać Luise Hay. Ja po nią sięgnęłam dopiero w tym roku i największe wrażenie na mnie zrobiło twierdzenie, że jako dusze przed narodzinami umawiamy się na nasze dzieciństwo z rodzicami. To mnie bardzo poruszyło. Czy Ty też tak uważasz?

Luise Hay pozwoliła mi dużo naprawić w moim systemie przekonań; trzymałam się wielu destrukcyjnych przekonań, które mnie ograniczały. Jej książka dostarczyła mi treści nowych przekonań, bo wiesz wcale nie jest tak łatwo je znaleźć samemu. Dodawałam sobie odwagi, ucząc się, że” życie jest bezpieczne”, że ”dam sobie radę”, ”jestem w porządku” i wiele innych.

Jak to było, że zmieniłaś swoje życie?

Byłam w kryzysie, posypało się moje zdrowie, dzieci cierpiały. Pewnego dnia poszukałam właściwej pomocy, mimo wstydu i upokorzenia. W Al.-Anonie znalazłam wszystko, co było mi potrzebne: wiedzę, wsparcie, motywację do zmiany, uznanie „bezsilności wobec tego, czego nie mogę zmienić, odwagę, by zmieniać to, co mogę zmienić i mądrość, by odróżniać jedno od drugiego”(modlitwa o pogodę ducha). Podjęłam terapię.

Zobaczyłam jak przekonania trzymają mnie w lęku, zamartwianiu się i w takim myśleniu, że nie dam sobie rady .Uświadomiłam sobie ich destrukcyjną moc i to, że ja mogę je zmienić. Zaczęłam szukać rzeczy, które by mi w tym pomogły. Jedna z osób, u których robiłam terapię, powiedziała mi o Luise Hay. Odkryłam kopalnię złota nowych przekonań, wzmacniających, dodających otuchy, dających poczucie bezpieczeństwa.

Nie jest łatwo zmienić przekonania, ponieważ te nowe wydają się nieprawdziwe. To właśnie te stare wydają się prawdziwe.

Zmiana przekonań wymaga wysiłku. Pamiętam, że dużo wysiłku w to włożyłam – zapisywałam je na karteczkach, mówiłam do siebie w łazience przy lustrze. Wykorzystałam to, co ona napisała. Wyobraziłam sobie moje przekonania jako starą taśmę, która jest bez przerwy odtwarzana, czy mi się to podoba, czy nie, w różnych sytuacjach. Wymazanie tej taśmy nie wystarczy. Musi być ona zapisana ponownie treściami, które mnie wzmacniają. No więc zapisywałam, powtarzałam, tak długo, aż stały się moimi.

Tu mi się przypomina wahadło, które kiedyś narysowałaś podczas warsztatów. Było ono metaforą zmiany. Najpierw długo tkwimy na jednym biegunie wahadła, czyli mamy usztywnioną schematyczną postawę życiową.  Potem gdy uda nam się ruszyć w kierunku zmiany, szybko przeskakujemy na drugi, równie ekstremalny punkt. Zawieszamy się na tym drugim na chwilę, po czym znów wracamy do pierwszego i tak dalej. Będziemy tak poruszać się między jednym a drugim ekstremum, aż znajdziemy równowagę między nimi dwoma. Na przykład z pozycji ofiary przeskakujemy do roli kata. Z pozycji „jestem najgorsza i nie zasługuję na nic dobrego” do „wszystko mi się należy”. Jak to było, gdy zaczęłaś odkrywać swoje stare przekonania i wszystkie potrzeby, które one torpedowały?

Przede wszystkim ciągle się łapałam na tym, że nadal działam według starego schematu, a miałam już w sobie bunt wobec niego. Kiedy wszystko po staremu się działo, relacje z mężem i z dziećmi, czyli dochodziło kolejny raz do awantury, napięcie ścinało z nóg, lęk dławił gardło, to musiałam sobie zadać pytanie, co ja znowu zrobiłam, że to poszło starym trybem. Zastanawiałam się, w którym momencie ja znowu postąpiłam według wewnętrznego nakazu „ratuj sytuację, nie dopuść do tego, żeby się pokłócili, twoim obowiązkiem jest zadbać o atmosferę w domu, atmosfera zależy od kobiety”. Odkrywałam wtedy swoje manipulacje, kłamstwa, owijanie w bawełnę, kłopot z wytrzymaniem napięcia, panikę. Wtedy mówiłam do siebie STOP, szukałam” nowego” myślenia, nowego zachowania. Myślałam: „wytrzymam, jak się pokłócą ,dam sobie radę, to nie zależy ode mnie, nie mam na to wpływu. To są dorośli ludzie, oni muszą sami się dogadać. Nie chcę nikogo ratować. Zostaw, oddaj Bogu. Odmawiałam modlitwę o pogodę ducha i przywoływałam wiele innych tekstów, których nauczyłam się w Al.-Anonie i terapii.

Czyli w tym momencie zwróciłaś bardziej uwagę na siebie niż na nich.

Dokładnie tak. Co ja takiego zrobiłam, że znowu się czuję fatalnie. Czyli nie ja kierowałam przebiegiem spraw, tylko te sprawy przebiegły tak, jak przebiegały od lat, pewnie od pokoleń. Zaczęłam odkrywać, w jaki sposób to się działo. Im większy wpływ zdobywam na pokierowanie swoimi reakcjami i uświadamiam sobie, czego ja w danej relacji potrzebuję, a co chcę dać, to tym bardziej jestem spokojna. Na przykład staram się z tym pogodzić, że czegoś dostać nie mogę.

Ostatnio jechałam w odwiedziny z czekoladkami. Im bliżej było do spotkania, tym większy opór we mnie narastał. Uświadomiłam sobie, że ja wcale nie chcę widzieć tej osoby. Osłupiałam – jak to, to dlaczego ja tam jadę? Przekierowałam swoją uwagę. Dotąd miałam przekonanie, że to ta osoba mnie przymusza do odwiedzin. A w tym momencie doznałam olśnienia, że to ja siebie samą zmuszałam. Przekierowanie uwagi z drugiej osoby, jak ona się zachowuje, co ona robi, na siebie: co ja z tego mam, jak ja się czuję, czego potrzebuję w tej sytuacji, postawianie siebie na pierwszym miejscu, jest dla mnie rewolucyjne. Pojawia się pytanie, co dalej z tym zrobić?

Właśnie i tu się pojawiało we mnie pytanie, czy ja sobie dam radę. Gdy czegoś nie chciałam na przykład w relacji z córką, pytałam siebie, „no i co teraz, jeśli się nie zgodzę na coś i nie będzie między nami relacji, czy ja sobie z tym poradzę?” Bo ryzykuję, że nie będzie relacji, jak ja nie będę tam jechać z czekoladkami. Czy ja sobie poradzę? Tak, poradzę sobie, nawet, jeśli ona się obrazi, odpowiedziałam sobie.

A co ci dało tą siłę, żeby tak sobie powiedzieć? Bo podejrzewam, że też miałaś chwile zwątpienia.

Determinacja do tego, żeby być wolną. Żeby przestać być niewolnikiem.

Zakładnikiem cudzych oczekiwań?

Zakładnikiem własnych iluzji, że może być dobrze z tą osobą. Nie może być dobrze. I nie będzie dobrze, dopóki ja będę na łapkach skakać i opuszczać siebie, na rzecz tego kontaktu. Więc – dobra, przeżyję bez tej relacji. I wtedy relacja się naprawia. Bo mi przestaje zależeć. Ja wtedy stawiam granice. Ja wtedy mówię nie, nie zgadzam się. Jestem wyraźna, rezygnuję z manipulacji. Pilot przestaje działać, co za ulga, dla obu stron. Bo o to chodzi, żeby nie być pod pilotem, sterowaną z zewnątrz – humorami, zgodą, niezgodą, łaską, niełaską osoby, na której mi zależy. Pamiętam udrękę, gdy pilota trzymało więcej niż jedna osoba, to miotanie się, żeby dogodzić ich sprzecznym oczekiwaniom. To jak bycie między młotem a kowadłem, jak w prasie.

Ale to jest proces, prawda?

Wychodzenie z tego miejsca, z tego sprasowania, to długoletni proces. Jakże satysfakcjonujący.

Pamiętasz jakieś kryzysowe momenty w tym procesie, jak już byłaś na drodze zmiany, a wpadałaś w stare koleiny?

Ależ oczywiście, że tak. Jeszcze mi się zdarza. To nie jest takie łatwe… Tylko że coraz rzadziej i coraz krócej to trwa, bo ja coraz szybciej się łapię na tym, że nie zgadzam się na ten stary schemat. Wiesz, żeby stare zastąpić nowym, to najpierw trzeba odkryć, że stare jest szkodliwe, potem znaleźć nowe, które daje ci nadzieję na lepsze życie, że będziesz po prostu lepiej żyła, no a potem trzeba długiej drogi, żeby po prostu to ćwiczyć.

Mówiłaś, że w pewnym momencie poczułaś, że wewnętrzna wolność jest dla ciebie najważniejsza i jesteś gotowa stracić relację, by zachować wolność. Co dawało ci nadzieję i siłę?

Odkrywanie, że „mogę sama”, że „mam siebie”, że jestem mądra, dobra i atrakcyjna. Dawanie sobie uznania.

Właśnie to przekonanie, że ważniejsza jest dla mnie moja godność, moja wolność. Jestem człowiekiem wolnym i nie będę żyła w ciągłym strachu, że ktoś się na mnie obrazi. Po prostu nie. Ten ktoś ma wybór, może się obrazić, a może się nie obrazić. Ale ja już nie będę o to zabiegać. Wtedy relacja się naprawiała i to dawało mi siłę i nadzieję, motywowało do dalszych wysiłków.

Nie musiałaś na przykład przekonywać tej osoby, że nie powinna się obrażać.

Albo udawać, że wszystko jest okej.

Czy możesz powiedzieć, co się stało w twoim życiu, gdy przestałaś udawać, że wszystko jest okej?

Najpierw była niewiara, że to możliwe, lęk, wstyd, złość.

Zaczął się robić porządek. Zaczęło się pojawiać poczucie bezpieczeństwa, świadomość samej siebie i przede wszystkim szacunek do siebie. To jest może jakiś frazes, ale chodzi o stawanie w prawdzie. To jest zwolnienie siebie z udawania. To nie wymaga komentarza. Wtedy zaczynasz być sobą. Żyć swoim życiem. Masz w sobie zgodę na cierpienie, bo wiesz, że sobie poradzisz.

Właśnie jestem w takim procesie, że nie chcę już więcej udawać, ale moja prawda jest dla mnie trudna do przyjęcia. Sama przed sobą udawałam. Dopiero zaczynam się orientować w mojej prawdzie. Kawałek odkrywam, a jest jeszcze dużo do oświetlenia.

Najgorsza prawda jest lepsza niż najlepszy fałsz.

Czuję ciekawość i lęk… Bo co z tą prawdą mam zrobić? Już się przyzwyczaiłam żyć w obłudzie wobec samej siebie. Stawiam sobie pytanie, jak mam żyć z tym, co zobaczyłam. Jestem w kryzysie.

Tu musi się włączyć determinacja do pokochania siebie. To też jest na wiarę. Kocham i akceptuję siebie. Kocham i akceptuję siebie. Kocham i akceptuję siebie. Gdzieś tam się przewija: głupia jesteś, głupia jesteś, beznadziejna jesteś, nigdy nic ci się nie uda. Wbrew tym przekonaniom mówisz do siebie: Kocham i akceptuję siebie. Kocham i akceptuję siebie. Nawet jak mi się nie udaje, to kocham i akceptuję siebie. To decyzja o zaopiekowaniu się wewnętrznym dzieckiem, które jest tak strasznie niekompetentne, a trzyma ster w rękach. To, co się musi stać, to pokochanie siebie. Wtedy jest możliwość przejęcia steru przez dorosłego. Co na to mój dorosły. Co na to mój dorosły, że to tak jest ze mną. To jest ważny proces, wiesz. Ważny proces zobaczenia siebie w świetle tej prawdy i powiedzenia sobie: nawet, jeśli popełniłam ten błąd, to jestem w porządku, to kocham i akceptuję siebie. Właśnie uczę się Nowego, mam prawo popełniać błędy.

(…)

Czy pamiętasz taki moment w swoim życiu, kiedy czułaś, że jesteś na granicy i albo w jedną albo w drugą stronę?

Czy ja pamiętam w moim życiu taką rzecz? Był taki moment w moim starym życiu, że miałam wszystkiego dość i sobie myślałam: już lepiej byłoby nie żyć. Nigdy nie miałam takiego zamiaru ani myśli, że mogłabym sobie życie odebrać. Natomiast miałam już dość tego życia. Mówiłam, Boże już bym chciała nie żyć. Ale to było w tamtym życiu, kiedy ja nim nie kierowałam, nie dokonywałam wyborów. To jest ciekawe, że ludzie żyją nie mając świadomości, że mogą wybierać.

Pamiętam, byłam na studiach podyplomowych z psychoterapii. Zdarzyła się taka sytuacja, że zostałam wpisana do dwóch grup. Podeszłam do jednej z prowadzących zajęcia i tak mówię: co ja mam teraz zrobić, bo jestem zapisana do dwóch grup. A ona mówi: masz wybór. To było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Ja mam wybór. A nie ktoś za mnie wybierze. Ja mogę wybierać. Pewno to trafiło na jakiś już grunt, gdzieś to wcześniej odnotowałam, ale nigdy nie było to dla mnie takie oczywiste. Ja teraz wiem, że mam w każdej sytuacji wybór. Nie ma sytuacji, że nie masz wyboru, zawsze masz wybór. Dopóki żyjesz, dopóty możesz wybierać, możesz coś zmieniać. A jak już tego życia się pozbawisz, to jest koniec, nie masz już możliwości, przepadło.

(…)


Powyższy tekst stanowi fragment wywiadu przeprowadzonego w październiku 2012 roku.

Wywiad poprowadzony i opracowany przez Agnieszkę Narloch.  Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana ani powielana bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właścicielkę praw.
Copyright by Agnieszka Narloch 2016

 

Advertisements