Eugenia Herzyk

dr_Eugenia_HerzykEugenia Herzyk – założycielka i prezeska Fundacji Kobiece Serca, zarządzająca ośrodkami w Krakowie i Warszawie, psychoterapeutka. Ukończyła czteroletnią szkołę psychoterapeutyczną Centrum Counsellingu Gestalt w Krakowie oraz liczne kursy i szkolenia, między innymi mindfulness,  psychodramę, terapię tańcem i ruchem i metodę porozumienia bez przemocy. Specjalizuje się w problematyce uzależnienia od miłości, regulacji emocji oraz świadomych życiowych wyborów. Autorka książek „Nałogowa miłość”, „DDD – Dorosłe Dziewczynki z Rodzin Dysfunkcyjnych” a także artykułów publikowanych w czasopismach i innych mediach. Podróżniczka i entuzjastka bliskiego kontaktu z naturą.

Eugenię poznałam na koniec 2011 roku kiedy to wybrałam się do ośrodka Fundacji Kobiece Serca w Krakowie na Kobiecego Sylwestra. Celem mojej wizyty była dobra zabawa w gronie kobiet i przyjrzenie się pragnieniom mojego serca. Ten Sylwester okazał się mieć znaczny wpływ na moje życie, bo posiałam na nim mocną intencję skonfrontowania się z moją przeszłością i uporządkowania jej. To, co działo się później, było kontynuacją tej intencji. Eugenię spotkałam na mojej drodze jeszcze kilkukrotnie. Jej wyważone, spokojne i racjonale podejście zawsze robiło na mnie – osobie skorej do zatapiania się w emocje – duże wrażenie. Zapraszam do przeczytania fragmentu wywiadu, który przeprowadziłam z Eugenią w sierpniu 2012 roku w siedzibie prowadzonej przez nią fundacji w Krakowie.

Gdybyś mogła sobie wyobrazić swoje życie jako drogę, jakie momenty w twojej wędrówce były najważniejsze?

Na pewno różne kryzysy życiowe, czasem związane z tym, co było ode mnie zależne, a czasem nie. W kryzysach miałam poczucie bycia na zakręcie, coś kończyło się nieodwołalnie, jakiś etap był za mną, a nie widziałam następnego. Te bardzo trudne sytuacje były dla mnie jednocześnie najbardziej rozwojowymi. To taki paradoks, bo każdy człowiek chce żyć spokojnie i szczęśliwie, natomiast gdy to osiągamy, wszystko nam się układa, nie mamy adnych impulsów rozwojowych. Podoba mi się myśl Einsteina: „żeby zachować równowagę, trzeba ciągle przeć naprzód”. Gdy staniemy w miejscu, łatwo możemy upaść.

Czy uważasz, że są ludzie, którzy kryzysów nie miewają?

Wydaje mi się, że jakieś kryzysy każdy ma, natomiast niektórzy mają ich więcej, tak jakby los nie rozdzielał po równo. Począwszy od dzieciństwa – dziecko nie wybiera sobie rodziców ani rodziny, w jakiej będzie dorastać. I jedno trafia do takiej, w której jest kochane, akceptowane, a jednocześnie stymulowane do wyzwań, a dzieciństwo drugiego jest tego pozbawione i staje się koszmarem. Ale choć dzieciństwo rzeczywiście determinuje dorosłość, to od nas zależy, co zrobimy z deficytami, które z niego wynieśliśmy. Mówi się, że w każdym z nich tkwi olbrzymi potencjał rozwojowy. Podobnie z naszymi związkami, relacjami ze szczególnym uwzględnieniem relacji damsko-męskich. Niektórym kobietom układają się one w miarę bezproblemowo, czują się szczęśliwe i spełnione, inne tkwią w toksycznych układach. I niekoniecznie wynika to z wyboru niewłaściwego partnera. Bo partner w trakcie związku może się zmienić, po pięćdziesiątce może zechcieć rozpocząć nowe życie z dużo młodszą od żony partnerką. I znów – jak ten życiowy kryzys kobieta wykorzysta dla własnego rozwoju zależy tylko od niej. Tak więc bliskie jest mi podejście, że trudności w naszym życiu, wszelkie kryzysy, są po coś.

Kiedy u siebie dostrzegłaś, że kryzysy są po coś?

Kiedy mogłam porównać moje życie sprzed kryzysu i po nim. Gdy udało mi się pokonać trudności zauważyłam, jaka dzięki temu zmiana we mnie nastąpiła, jak się rozwinęłam. W moim przypadku kryzys, aczkolwiek w trakcie przeżywania był okropny, to jednak doprowadził mnie do dobrego finału. Ale wcale tak nie musi być. Znam kobiety, które kryzys przytłoczył i nie są w stanie wstać. Tkwią w roli ofiary i wyuczonej bezradności. Zastanawiam się, dlaczego niektórzy ludzie wychodzą z życiowego zakrętu na prostą a niektórym nie udaje się go pokonać i z niego wypadają, Wydaje mi się, że każdy ma wewnętrzną siłę by przejść przez kryzys i jeszcze z niego skorzystać dla własnego rozwoju, ale być może nie każdy ma do niej dostęp, albo potrzeba czegoś jeszcze.

Najbardziej rozwojowe są takie kryzysy, gdy człowiek rzeczywiście sięga dna. Sytuacje, które są na granicy życia i śmierci. Wtedy odzywa się instynkt samozachowawczy, najsilniejszy z naszych instynktów i zaczynamy walczyć o siebie. Pojawia się zdrowy egoizm, kobieta która przez całe życie dbała tylko o innych mówi „teraz ja”. Wielu psychoterapeutów uzależnień uważa, że nałogowiec musi dojść do dna, aby się od niego odbić. Kobieta uzależniona od miłości ze wzorcem kochania za bardzo może dostać impuls do zajęcia się sobą dopiero wtedy, gdy jej życie zawiśnie na włosku.

(…)

Mam takie poczucie, że z kryzysu możemy skorzystać dla własnego rozwoju, gdy przechodzimy go świadomie, gdy umiemy wyciągać wnioski. Czy możesz opowiedzieć, jak to było w twoim przypadku?

Gdy było mi bardzo, bardzo źle, czułam się najbardziej nieszczęśliwą istotą na tej ziemi, postanowiłam poszukać pomocy. Chciałam, aby ktoś uwolnił mnie od cierpienia. Za to cierpienie obwiniałam innych ludzi, parszywy los. Trafiłam do jednego psychoterapeuty, potem do drugiego, trzeciego – i nic się nie zmieniało, nadal cierpiałam. Pierwsza psychoterapeutka zaraz na początku terapii kazała mi iść na grób ojca i przeczytać napisany do niego list – byłam jej posłuszna, w końcu to ona wiedziała lepiej, co dla mnie jest dobre. Kuracja okazała się nieskuteczna, poszłam więc do drugiej. Ta popatrzyła mi głęboko w oczy i spytała, czy jej kogoś nie przypominam. Chodziło jej o matkę. Szybko z niej zrezygnowałam, bo analizowanie relacji z matką nie przynosiło mi ukojenia. Trzecia psychoterapeutka z wypiekami na twarzy słuchała opowieści o moim rozwijającym się romansie, a ja brnęłam w jej towarzystwie w coraz głębsze życiowe bagno. Gdy osiągnęłam kres wytrzymałości po kolejnym akcie przemocy, jakiej dopuścił się mój ukochany i zalały mnie emocje – skierowała mnie do szpitala psychiatrycznego. Tym razem jednak nie poddałam się zaleceniom specjalistki, na jakiś czas zrezygnowałam z psychoterapii i zaczęłam czytać książki. Przełomem dla mnie była lektura poradnika „Kobiety które kochają za bardzo” Robin Norwood – uświadomiłam sobie, że to, czy cierpię czy nie, czy jestem nieszczęśliwa czy nie, zależy tylko ode mnie. A skoro tak jest, to będę się starała szukać takiej drogi, która pozwoli mi być szczęśliwą niezależnie od okoliczności i wszystkiego, co mnie otacza. To było bardzo ważne. I również uświadomienie, że hodowanie w sobie poczucia krzywdy, szukanie sprawiedliwości nic mi nie da, niczego w moim życiu nie zmieni. Że lepiej będzie zostawić za sobą to, co było i zacząć kolejny etap. Wziąć pełną odpowiedzialność za życie, które jest jeszcze przede mną.

Kolejnym kamieniem milowym w moim rozwoju było wzięcie odpowiedzialności za ten kawałek życia, który był już za mną. Okazało się to bardzo trudne. Zdecydowanie wygodniej mi było wskazywać winnych własnego nieszczęścia niż przyznać, że reakcja na krzywdy, które mnie spotykały, była moim wyborem. Mogłam bronić swoich granic, nie godzić się na zachowania, które były dla mnie raniące. Nie uczyniłam tego, nadal tkwiłam w toksycznej relacji, bo silniejsze było moje uzależnienie – kochałam za bardzo. I choć mówi się, że uzależnienie jest chorobą, której jednym z objawów jest właśnie utrata kontroli, niemożność racjonalnego działania, to jednak nałogowiec jest odpowiedzialny za powstanie uzależnienia oraz za to, czy po jego odkryciu zechce zrezygnować z nałogowych zachowań, czy też nie. Świadomość mojego uzależnienia od miłości budziła się we mnie stopniowo, tak jak i decyzja o wyborze „trzeźwego” życia.

Pomoc w przezwyciężeniu szkodliwych mechanizmów „kochania za bardzo” przyniosło mi uczestnictwo w pracujących na programie 12 kroków grupach samopomocowych. Jednocześnie podjęłam pracę nad sobą na kursie Gestalt – nauczyłam się tam przede wszystkim rozpoznawania emocji, umiejętności niezbędnej do świadomego życia. Mój dotychczasowy kontakt z emocjami był mizerny, nie potrafiłam określić, kiedy się boję, kiedy złoszczę, kiedy jestem smutna i co warunkuje moją radość. To był początek nowej drogi – już tej za zakrętem.

(…)

Czy dobrze zrozumiałam, że dla ciebie duchowość wiąże się przede wszystkim z wybaczeniem?

Według mnie w duchowym rozwoju nieodzowna jest otwartość na wybaczanie, kształtowanie umiejętności wybaczania. Nikt nie rozwinie się duchowo, gdy serce ma zablokowane. Tyle że do procesu wybaczania można podejść dopiero, gdy mamy zbudowane mocne ego, jesteśmy osadzeni w swojej tożsamości, mamy swoją przestrzeń i swoje granice. Gdy wybaczamy przedwcześnie, zanim to nastąpi, kieruje nami lęk. Na przykład robimy to, by pozostać w związku, dlatego, bo boimy się rozstania. To nie jest prawdziwe wybaczanie, ale zamiatanie śmieci pod dywan, racjonalizacja. Mówię to, ponieważ wiele kochających za bardzo kobiet uważa się za święte i jest przekonane, że nikt nie potrafi kochać tak jak one. Cierpiętnice miłości są w stanie znieść wszystko, żeby związek trwał – i dlatego wybaczają. A prawdziwe wybaczanie motywowane jest przede wszystkim miłością własną, zadbaniem w pierwszej kolejności o własne potrzeby. Wybaczamy, bo nie chcemy za sobą ciągnąć urazów, bagażu poczucia krzywdy, pragniemy zamknąć za sobą przeszłość. Wybaczanie jest jedną z jakości bezwarunkowej miłości, a nie jesteśmy w stanie taką miłością obdarzać innych, gdy najpierw nie pokochamy siebie. Drugą jakością bezwarunkowej miłości, którą warto ćwiczyć, jest współczucie, umiejętność dostrzeżenia nawet w krzywdzicielu tej części, której można współczuć. Ale znów – jeśli nie potrafimy współczuć sobie, dajemy się wykorzystywać, nie bronimy swoich granic, to wyrozumiałość i empatia do oprawcy jest nieporozumieniem, a nie uruchomieniem energii serca i bezwarunkowej miłości.

(…)

Za wrażliwością, emocjonalnością zwykle idzie podatność na to zranienie…

Nie, jeśli ktoś ma mocne dolne czakry, silne ego, granice, to jest odporny na zranienia. Ale też skłonny do dominacji, dlatego wyzwaniem rozwojowym dla przeciętnego mężczyzny jest kobieta, która w asertywny sposób stawia granice. Postawienie granic przez kobietę w związku, w relacji, naprawdę wymaga od niej ciężkiej pracy: przezwyciężenia lęku przed samotnością, wyjścia z marzeń o księciu na białym koniu, który się nią zaopiekuje i pokocha jak nikt dotąd na świecie, ale także zbudowania bezwarunkowego poczucia własnej wartości. Gdy kobieta granic nie stawia, mężczyzna jej wchodzi na głowę i nikt się nie rozwija, ani ona ani on.

Dlaczego kobietom jest tak trudno stawiać granice?

Mam wrażenie, że w bardzo wiele kobiet wciąż ma, często nieuświadomione, przekonanie, że jej życie będzie nieudane, jeśli nie wyjdą za mąż i nie będą miały dzieci. Co więcej, rzeczywiście jako panny, rozwódki, czy samotne matki wychowujące dzieci, w wielu środowiskach spotykają się z ostracyzmem, odrzuceniem, potępieniem, co wydaje się im potwierdzać to przekonanie. Ja takim klientkom współczuję, ale też pokazuję, że własna droga, kiedy z tych przekonań, stereotypów się wyłamujemy, jest zwykle trudniejsza, ale przynosi też korzyści.

Jaka jest największa mądrość, jaką wyniosłaś ze swojej dotychczasowej drogi?

O tej, że życie człowieka jest jego wyborem, już mówiłam. Czuję się odpowiedzialna za swoje wybory i cała sztuka w rozwoju osobistym polega na tym, żeby umieć rozróżnić to, co mi służy od tego, co mi nie służy. Błyskotka, która na pozór wygląda wspaniale, może okazać się – za przeproszeniem – gównem w sreberku. Jak patrzę wstecz na moje życie, to większość błędów, które popełniałam, wynikała z tego, że po to gówno w sreberku wyciągałam rękę, nie sprawdzając, co jest w środku.

Ale mam też inną mądrość. Jest taka bajka o skorpionie i żabie, która ją wspaniale oddaje. „Do żaby, która siedzi nad strumieniem podchodzi skorpion. – Mam do ciebie prośbę – mówi – przewieź mnie na swoim grzbiecie na drugi brzeg. Ja nie umiem pływać, a bardzo potrzebuję odwiedzić chorą matkę, która tam mieszka. – Ależ skorpionie – odpowiada żaba – wiem przecież, że jesteś jadowity i na pewno mnie ukąsisz. – Żabo, jakże bym mógł ukąsić swojego dobroczyńcę, uwierz mi, nie ukąszę cię – przyrzeka skorpion. Żaba daje wiarę i mówi do skorpiona – Wskakuj na mój grzbiet, przewiozę cię. Płyną. Gdy są już na drugim brzegu, tuż przed zeskoczeniem na piasek skorpion wbija kolec w grzbiet żaby. Ukąszona żaba krzyczy – skorpionie, jak mogłeś mi to zrobić, przecież mi przyrzekałeś, a ja ci uwierzyłam… Na to skorpion – żabo, nie bierz tego tak do siebie. Nie mogłem się powstrzymać, taka jest moja natura.”

Staram się nie brać do siebie ukąszeń skorpionów i akceptować ich istnienie na tym świecie.


Powyższy tekst stanowi stanowi fragment wywiadu przeprowadzonego w sierpniu 2012 roku.

Wywiad poprowadzony i opracowany przez Agnieszkę Narloch.  Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana ani powielana bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właścicielkę praw.
Copyright by Agnieszka Narloch 2016