Agnieszka Kawula

agnieszka_kawulaAgnieszka Kawula – masażystka Lomi Lomi Nui, autorka książek i artykułów, bloggerka. Sama o sobie mówi tak: “Jestem stworzeniem otwartym na świat, znajdującym w każdym jego zakątku smakowite inspiracje. Mój wewnętrzny radar nastawiony jest na sprawy wielowymiarowe, optymistyczne, motywujące, radosne, zdrowe przyprawione pasją życia. Czuję zdecydowane przyciąganie do jasnej strony mocy.”

Agnieszka, jaka jest, każdy widzi, kto zajrzy na jej bloga Aloha Świat. Radosna, optymistyczna, pełna wiary. Agnieszka, jaka jest, nikt zobaczyć nie może, bo ona ciągle się zmienia.Jaka ona jest, kim jest? Nie jest tajemnicza, a jednak Tajemnicy dotyka… Zapamiętałam ją z naszego pierwszego spotkania jesienią 2012 roku jako uważną, radosną i szczodrą. Pierwsza próba zrobienia wywiadu nie wypaliła, ponieważ na spotkaniu z nią popłakałam się i to ona słuchała mnie. Przez cztery godziny, mimo że się nie znałyśmy! Udało mi się z nią umówić ponownie na wywiad w przeddzień Sylwestra 2013 roku. Tym razem to był odpowiedni czas.  Zapraszam do przeczytania fragmentu wywiadu z Agnieszką Kawulą.

Gdybyś popatrzyła na swoje życie jako drogę, jakie byś wyróżniła momenty?

Moje życie nie było łatwe. Jednak z perspektywy lat widzę jego sens. Na początku siedziałam w oku cyklonu i nie widziałam wyżej, dalej ani z boku swojego życia. Gdyby mnie nie wychowywali dziadkowie, gdyby rodzice się nie rozstali, gdybym nie chorowała, żyłabym w innym miejscu, byłabym innym człowiekiem i nie robiłabym tego, co robię teraz. Nie rozumiałabym potrzeb innych ludzi, nie szukałabym głębszego sensu. A ja go szukałam. Kłóciłam się z Bogiem, z sobą, z całym światem. Może gdybym się wychowała w sielankowej rodzinie, też byłabym całkiem fajnym człowiekiem. Nie mam pojęcia. Ale w tym momencie czuję, że wszystkie te wydarzenia były potrzebne i tak naprawdę wzbogaciły moje życie.

Przełomowym punktem było doświadczenie depresji i proces jej wyleczenia. Odstawiłam tradycyjne leki, wybrałam leki homeopatyczne i ziołolecznictwo. Potem wyjazd na kurs masażu Lomi Lomi Nui absolutnie odwrócił wszystko: zostawiłam etatową pracę, rozstałam się z mężem, wyjechałam do Indii, rozstałam się z drugim partnerem, a potem z trzecim (śmiech). Nie mam ludzi dookoła i na ten moment nie czuję takiej potrzeby. Życie idzie dalej.

W tym, co mówisz, wyczuwam spokój, akceptację, wewnętrzną stabilność. Poukładałaś w sobie tamte doświadczenia i znalazłaś swoje miejsce. A z drugiej strony widzę wyraźnie, że jesteś w drodze. Tylko że nie jest to bieg ani maraton, ale kolejny schodek.

Droga trwa do ostatniego wydechu. Gdybym nie była w drodze, to bym nie żyła. Nie ma końca. Dzisiaj można mieć poukładane życie i być stabilnym emocjonalnie, a jutro może być coś zupełnie innego. Nowe karty się odsłaniają. I albo się na nie reaguje albo nie. Podejmowanie decyzji. Pytanie siebie, czy to mi służy, czy to jest potrzebne, czy to jest dobre, czy w ogóle trzeba reagować. Czasami nie trzeba reagować, można odpuścić.

(…)

Uważasz, że życie bez oczekiwań jest dobre?

Ja uważam, że jest. To jest tak naprawdę dbanie o siebie samego. Mnie czasami się to udaje. Gdy jestem bardzo skoncentrowana na sobie, ale nie w egoistycznym tego słowa znaczeniu tylko w takim, że jestem w pełni świadoma siebie, swoich emocji, swojej siły, wartości, wtedy czuję, że wszystko jest we mnie. I wtedy nie muszę na nikogo przelewać moich niespełnionych potrzeb – nie wymagam, żeby ktoś do mnie pisał, dzwonił, zapewniał mnie o swojej miłości, mówił mi jaka jestem cudowna, fantastyczna, wspaniała i… w ten sposób podsycał moje braki. Jeśli powie, to fajnie, przyjmuję to, ale tego nie potrzebuję. A jeżeli coś mamy w środku niezaspokojone, to najczęściej nieświadomie oczekujemy tego od drugiej osoby. Wchodzimy wtedy w takie relacje, gdzie mamy nadzieję, że przyjaciółka, przyjaciel, kochanek, kochanka coś tam nam dadzą. I to jest takie na chwilę. Jest to złudne, bo bardzo szybko się okazuje, że dziura w środku nadal istnieje. Nikt jej nie zapełni.

Napisałaś kiedyś na swoim blogu, że kiedyś, gdy ty sama miałaś trudny czas – brak kasy, przyjaciół, swojego miejsca i nie wiedziałaś co dalej, uciekałaś przed sobą. W pewnym momencie już nie było innej opcji jak tylko się zatrzymać i popatrzeć na siebie. Pojechałaś wtedy do ashramu w Indiach, żeby tam medytować. Czy to tam zobaczyłaś w sobie „czarną dziurę”?

Zobaczyłam kogoś, kto nie ma przeszłości ani przyszłości. Był taki moment, że ja wszystko zapomniałam. Czułam się tak, jakbym obudziła się ze stanu śpiączki i miała amnezję. Nie pamiętałam niczego. Początkowo była panika: kim ja jestem, skąd, po co. Miałam świadomość, że jestem człowiekiem, że mam ciało, które czuje, coś robi, coś je. Potem poczułam totalną wolność. To było tak jakbym mogła iść wszędzie, nikomu nic nie byłam winna, nikt nic nie był winien mnie. Poczułam, że martwienie się o pracę, zarabianie, rachunki, ubezpieczenia, finanse, nie ma znaczenia. To w ogóle nie jest potrzebne. To, co było moim zmartwieniem, nagle przestało nim być. Pojawiło się pytanie, co ja teraz zrobię z moim nowym życiem. Jak chcę żyć. Jakich ludzi spotykać. Czego doświadczać. Co dać z siebie innym. Trwało to tylko chwile, niestety. Na tyle mamy w głowie schematów i uwarunkowań rodzinno-społeczno-kulturowych, że one bardzo szybko wracają.

Znów przyszła normalna rzeczywistość. Ale to, czego tam doświadczyłam, stało się moim punktem odniesienia w dalszym życiu.

Teraz jak coś się dzieje trudnego, siadam sobie na chwilę i oddycham. Wracam pamięcią do momentu, kiedy mi nic nie doskwierało. Kiedy ciało było zrelaksowane, luźne, elastyczne. Ode mnie zależy, czy wrócę do punktu spokojnego umysłu, czy też dam się wciągnąć w narzekania, niechcenia. To jest praca. Może na niektórych to schodzi jak piorun, trzepnie ich i już do końca życia jest im fajnie. Z dnia na dzień nagle zaczynają się cudownie odżywiać, ćwiczą, tworzą, działają dla społeczności i coś fajnego robią ze swoim życiem. Tak naprawdę to nie jest tak. To jest codzienna praca. Czasami parę razy dziennie. Żeby samego siebie wyciągnąć z bagienka, które się samemu dla siebie tworzy.

(…)

Kiedy zaczynamy głęboko ufać, że wszystko dzieje się dla nas i jesteśmy bezpieczni, to wtedy rzeczy zaczynają się układać. Może nie zawsze wiemy, co będzie za miesiąc, ale wszystko jest OK. Czy też tak to odczuwasz?

Ale ja nie chcę być za miesiąc w tym samym miejscu [śmiech]. Bo się nie da. Dla mnie się nie da. Bo jestem zupełnie inną osoba niż byłam miesiąc temu. Jestem w innym miejscu. Mimo że mieszkam w tym samym mieszkaniu, to wiem, że za miesiąc mogę mieszkać za oceanem i to nie stanowi dla mnie problemu. Może będą inni ludzie w moim życiu, może nawet inne rzeczy będę robić. Choć ciężko jest mi wyobrazić sobie, że mogłabym zrezygnować z robienia masażu, to nie wyobrażam sobie być ciągle w tym samym miejscu. Żyłam tak przez wiele lat. Wciąż te same myśli kotłowały się w głowie i nie przekraczałam tego czegoś. Wtedy byłam w tym samym miejscu i miałam poczucie utknięcia. Mam tu na myśli wewnętrzne poczucie nie rozwijania się. Przez lata. To było bardzo niefajne.

I do dochodzimy do kwestii odpowiedzialności za swoje życie i wyjścia z roli ofiary. Z postawy pod tytułem „mnie się nie układa, mam pecha, miałam złe dzieciństwo, nie mam kasy, nikt mnie nie kocha” i tak dalej. To mogą być różne racjonalne wymówki, dlaczego ja mam takie złe życie. Czy mogłabyś podać jakieś wskazówki, jak z tego poczucia ofiary wychodzić. No bo to jest bardzo trudne.

To jest trudne. Ja byłam świetną ofiarą. Byłam po prostu najlepsza. Naprawdę. To jest bardzo proste. Bardzo łatwo jest być ofiarą. Nie wymagać od siebie niczego. Żadnych działań, żadnych akcji, nic. Po prostu się siedzi, myśli, jak jest beznadziejnie, jak to niczego nie ma. Przy zerowym wysiłku, by to zmienić. Jeszcze można ponarzekać, że narzekanie męczy, bo w ustach zasycha i gardło zaczyna boleć.

Nie uważam, że „ofiara” siedzi i nic nie robi. Nie, ona robi bardzo wiele rzeczy, tylko że one ją unieszczęśliwiają. Nie robi tego, co ją uszczęśliwia, a robi to, co ją unieszczęśliwia. A najgorsze jest to, że wkłada wiele wysiłku w robienie tego, co sprawia, że czuje się źle. Ubywa jej energii. W tej roli trzyma ją lęk przed tym, co się stanie, jeśli dokona zmian.

No i to jest błędne koło. Jest mnóstwo różnych sposobów. Trzeba ich szukać. Zacząć w jakimś punkcie. Mnóstwo razy ponieść porażkę i powiedzieć, że nie ma to żadnego sensu i że lepiej jest być ofiarą. Ale gdy coś tam wewnętrznie nie daje spokoju i człowiek naprawdę chce z tego wyjść, to się nie podda. Będzie dalej narzekał, ale będzie też szukał. Do momentu aż znajdzie. A kiedy znajdzie, to już jest haczyk zarzucony i jest światełko: aha, to może być mi w środku inaczej. Ale dopóki się nie poczuje w sobie tego, że może być nam w środku inaczej, no to są to po omacku poszukiwania. Bo można przeczytać milion książek – ja to robiłam. Można chodzić na różne spotkania. To też robiłam. Tak naprawdę trzeba dawać sobie jak najwięcej czasu. Próbować. Próbować. Próbować. Do skutku. To może zająć trzy tygodnie, to może zająć dziesięć lat. To może zająć jeden dzień, bo może od razu człowiek coś załapie. Takie czyszczenie, sprzątanie. Mnie na początku pomogły antydepresanty i psychoterapia. Chodziłam trzy razy w tygodniu na psychoanalizę. Żeby się na to zdecydować, musiałam być przez rok w dupie… Nie miałam wtedy pieniędzy, ale wiedziałam, że potrzebuję. Trzy czwarte moich wydatków miesięcznie szło na terapię. To ja dawałam sobie. Chciałam to sobie dać. To było albo w jedną albo w drugą. Najpierw było beznadziejnie, stwierdziłam, że to w ogóle nie działa, było mi wręcz jeszcze gorzej. Ale czasami w procesie leczenia musi być gorzej, żeby było lepiej. Potem pojawiła się joga. Pojechałam na obóz jogi mimo że nic o tej metodzie nie wiedziałam. Tam się nauczyłam oddychać. Potem pojawiło się Lomi Lomi. Więc karty odsłaniały się po kolei.

Lepiej się skupić na paru rzeczach albo nawet na jednej niż na milionie dookoła. W duchowości to jest złudne, że coś nas może uleczyć. Dostajemy narzędzia i od nas zależy, czy będziemy z nich korzystać i jak często. Jeśli dostaniemy afirmacje do rozpisywania, oddechy, mantry czy ćwiczenia fizyczne, to jeśli nie będziemy ich robić, no to najlepszy jogin nam nie pomoże – bo za nas tego nie zrobi. Także wyjście z ofiary to jest korzystanie z narzędzi, które są dostępne na rynku. Radzę nie wybierać ślepo, bo psychika jest bardzo wrażliwa. A gdy jesteśmy słabsi psychicznie, wtedy łatwo jest wpaść w manipulacyjne sznurki i nitki, i można sobie zaszkodzić. Z drugiej jednak strony – każdy ma swoją drogę i każdy trafia na tego, na kogo ma trafić.

Jak cieszyć się życiem tu i teraz?

Skupiać się na tym, co jest, co nas cieszy i sprawia, że czujemy się żywi. Wtedy czujemy wewnętrzne ciepło. Dawać sobie to, co by się chciało, żeby inni nam dawali, bo to zawsze można, trzeba i warto. To głupie powiedzieć: nie myśleć o przeszłości ani o przyszłości, ale to właśnie wycieczki w przeszłość i przyszłość zabierają od nas esencję tego, co jest tu i teraz. Czasami szczęście to najmniejszy drobiazg. Każda czynność może być tym szczęściem. Tylko to od nas zależy, jak my do niej podejdziemy. Dla jednego umycie podłogi czy wyjście do sklepu, ubranie się, umycie, to głupie obowiązki. Pozornie nieprzyjemne czy nieznaczące czynności mogą być radością, można je robić z fajną energią. Trzeba być po prostu uważnym na to, co w danym momencie robimy. Dnia nie zaczynać na automatycznym pilocie, ale na przykład najpierw przeciągnąć się, pooddychać, pomyśleć o intencji na dany dzień. I podziękować, że się w ogóle obudziło. A potem skupiać się na tych pozytywnych rzeczach, dziękować za obfitość. Zauważać, że jest dużo wody, dużo czekolady, wszystkiego jest dużo. Po prostu to widzieć. Być zorientowanym na to, czego się chce. Czasami kilka razy dziennie trzeba sobie przypomnieć, że się jest tu i teraz. Nasz umysł jest jak małpka, która ucieka sobie na boki. On nie chce, żebyśmy żyli tu i teraz. Ileś ten umysł nie żył tu i teraz, i nagle my każemy mu się zmieniać. No to jest bunt. Jemu się nie chce. Mało odkrywcze to jest, ale tak jest.

(…)

PS Gdy poprosiłam Agnieszkę o autoryzację, jak dotąd była ona jedyną osobą, która nie wprowadziła w opracowaniu rozmowy żadnych zmian. Napisała mi: „No całkiem się wygadałam, taka mądrala, że ho ho :P Aż mój jednorożec macha różowym ogonkiem i cmoka jęzorem, że się Kawula wymądrolowała i nic tu po nim… ;-)”. Taka właśnie jest Agnieszka.


Powyższy tekst stanowi fragment wywiadu przeprowadzonego w grudniu 2013 roku.

Wywiad poprowadzony i opracowany przez Agnieszkę Narloch.  Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana ani powielana bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właścicielkę praw.
Copyright by Agnieszka Narloch 2016

Advertisements